Łukasz Dziuban - Dalmacja Ultra Trail, czyli kawał roboty nikomu niepotrzebnej

Dalmacja Ultra Trail, czyli kawał roboty nikomu niepotrzebnej

Trzy, dwa, jeden! Start! Jest piątek godzina 15.00, normalni ludzie zaczynają tak uwielbiany i czczony weekend, a ja do roboty, zresztą nikomu niepotrzebnej… Jest do zrobienia biegiem i marszem 155 km w poziomie i ponad 6,5 km w pionie po dalmackich górach.
Zaczynamy bieg w Omiś, małym, urokliwym mieście, rządzonym niegdyś przez piratów. Biegnę z Katarzyną Szewczyk z tyłu stawki, a urocze stare miasto żegna nas oklaskami turystów i miejscowych. Docieramy do mostu na rzece Cetina, stawka mocno się rozciągnęła, a pierwsze „harty” są już po drugiej stronie rzeki. Biegnę według zasady „minuta na starcie, godzina na mecie”, nie forsuję tempa przez pierwsze kilometry, po to by utrzymać wolniejsze tempo, ale przez możliwie długi dystans. Podobnie robi Kasia i jak się później okazało to była dobra taktyka. Pierwsze podejście pokonuję bardzo spokojnie, wyprzedzając kilku „sprinterów”. Kilometry uciekają, a ja zastanawiam się jaki to będzie bieg? Dystans, przewyższenie, punkty odżywcze, jedzenie, picie. Wszystko to wiem, ale to tylko mała część tego, co może mnie zaskoczyć. Pozostają rzeczy, które ciężko przewidzieć. Kontuzje, przeciążenia nóg, problemy żołądkowe,  a może „klęknięcie psychy”? Co mnie zaskoczy, czy uda mi się dotrzeć do mety, a może „zmieli” mnie coś po drodze i to będzie ten bieg, którego po raz pierwszy nie ukończę. O zmroku docieram do okolic Splitu, a ciemność zaskakuje mnie kilka kilometrów przed ruinami starożytnego miasteczka Solin, przez które poprowadzono trasę. Towarzyszą mi piękne widoki na tętniące życiem portowe miasto Split. 
Kamienną ścieżką wdrapuję się na szczyt Mali Kozjak (631 m npm), mijam go jak „mały koźlak” i zanurzam się w  ciemności niemal niczym niezmąconej. Nie ma łuny bijącej od nadmorskich kurortów, knajpek i nadadriatyckich miast. Nie ma gwaru, turystów, kibiców. Nie ma też biegaczy, którzy są daleko przede mną i daleko za mną. Jest czterdziesty piąty kilometr, a ja zaczynam samotny bieg (jak się potem okazało) już do mety. W głębi lądu Chorwacja okazuje się zupełnie inną krainą od tej znanej mi plażowo-sielankowej strefy komfortu. Mijam niezliczone opustoszałe gospodarstwa i domy, niejednokrotnie z zawalonymi dachami, bez okien, gdzie wkradła się już roślinność. Noc potęguje moje doznania, wyobrażam sobie jak te domostwa funkcjonowały i zastanawiam się dlaczego teraz stoją opustoszałe. Trzęsienie ziemi, które nawiedziło Dalmację w latach 50 ubiegłego wieku? Wojna domowa z lat 90? A może po prostu czynnik ekonomiczny spowodował migrację ludzi w stronę turystycznego wybrzeża. Na myśl przychodzą mi Bieszczady z lat powojennych, tak właśnie musiały wyglądać bieszczadzkie wioski zaraz po wojnie, puste, ciche i smutne. Biegnę wzdłuż niezliczonych kamiennych murków, opuszczonych gajów oliwnych... Obrazy te świadczą o tym że człowiek próbował wydrzeć wszechobecnej i ekspansywnej makii śródziemnomorskiej choćby kawałek ziemi. Mijam kolejne punkty kontrolne, na których mogę się posilić i uzupełnić wodę oraz płyny w bidonach. Sery, salami, boczek, banany, chipsy i orzeszki ziemne. Taki zestaw serwuję sobie na niemal każdym z trzynastu punktów kontrolnych, oczywiście w umiarkowanych ilościach co by nie spowodować przedwczesnego, niekontrolowanego powrotu posiłku na zewnątrz. Z analizy trasy wynikało, że najtrudniejszy odcinek to 17 km fragment z najwyższą górą na trasie Umberto Girometta (890 m npm). 
Wysokość niepowalająca na pierwszy rzut oka, po chwili jednak uświadamiam sobie, że na tym biegu wysokość bezwzględna i względna to często to samo, a dwie godziny wcześniej fale morskie niemalże obmywały mi stopy. W dobrej formie pokonuję górę i zbiegam szlakiem do punktu Górnje Sitno na 72 km. Dalmackie ścieżki, które przemierzałem podobne są do tatrzańskich, kamieniste, miejscami trudne technicznie. Różnią się drobnym szczegółem, w Tatrach kamienie i głazy są poukładane, a w Dalmacji zazwyczaj nie. Ostre, ruchome kamienie nastręczają trochę problemów  i spowalniają tempo biegu. Pomimo tego o 3 w nocy melduję się na 85 km po 12 godzinach biegu. Dostaję przygotowany przed startem worek z moimi rzeczami, zmieniam jedynie buffkę i baterie w czołówce, posilam się rosołem, zamieniam kilka zdań z dwoma zawodnikami, którzy zdecydowali się na dłuższy odpoczynek i wyruszam w dalszą drogę już jako szósty zawodnik. W głowie układa się plan ukończenia tego biegu w okolicach 24   godzin, jak zakładałem po cichu przed startem. Zostaje 60 km, nogi dobrze współpracują, żołądek w porządku, głowa daje radę, więc dlaczego by nie! Kilka następnych godzin dłuży się w oczekiwaniu na wschód słońca, nogi zaczynają prowadzić protest włoski. Wykonują polecenia bardzo powoli i ostrożnie, tempo słabnie, wzrok zmęczony sztucznym światłem i wypatrywaniem taśm wyznaczających trasę biegu. O podbieganiu pod delikatne wzniesienie nie ma mowy. Kończyny dolne wyczuwają najmniejsze pochylenie terenu i automatycznie przechodzą do marszu. Wraz z pierwszymi promieniami słońca dostaję smsy od rodziny i znajomych: jesteś szósty, Kasia atakuje pozycję pierwszej kobiety! Napierasz gajowy! Nie wiem jak to się dzieje, że to zazwyczaj w momentach kryzysu przychodzi pomoc. Świadomość, że kilkaset kilometrów dalej jest Ktoś kto nie śpi, pamięta, śledzi wyniki cząstkowe i przede wszystkim trzyma kciuki pomaga przezwyciężyć swoje słabości, dodaje wiary i siły do dalszej walki. Wstaje nowy dzień, 110 km w nogach i jeszcze dwa szczyty i znowu zobaczę Adriatyk. Do mety pozostaje nieco ponad klasyczny maraton. Tylko albo aż... Nogi wysyłają niezbyt optymistyczne sygnały, że już może by tak skończyć tą robotę... ale głowa nie przyjmuje tego do wiadomości. Mówi się, że dystanse ultramaratońskie biega się nogami tylko do połowy, a później głową... Coś w tym jest! Dwadzieścia kolejnych kilometrów pokonuję spokojnym tempem, wspinając się na dwa ostatnie szczyty Gór Mosor, po czym melduję się w jedenastym punkcie kontrolnym, położonym nad brzegiem morza. Długi zbieg oraz rosnąca temperatura dają mocno się we znaki. Zaczynam odczuwać ból brzucha. Żołądek się buntuje i czuję jakbym połknął kamień. Pozostaje 24 km biegu wzdłuż wybrzeża z lekkimi podbiegami i ścieżkami nad urwistym brzegiem morza. Wiem, że nie będzie łatwo, że muszę pić aby uniknąć odwodnienia. Na punkcie dostrzegam piwo, pytam wolontariuszy czy można łyka… Pomaga! Brzuch zaczyna pracować na jako takim poziomie, piję również colę i porywam chleb z nutellą. Mam chwilowy wstręt do całonocnego menu. Pozdrawiam serdecznie wolontariuszy i lecę nadmorską promenadą w miejscowości Brela z dziwną lekkością jakbym dostał drugie biegowe życie. Nie przeszkadzał mi widok ludzi kąpiących się w morzu i odpoczywających w cieniu. W głowie miałem jeden cel: meta. I świadomość, że z każdym ruchem robię krok wprzód. Nigdy wcześniej nie odczuwałem takiej przyjemności biegu po chodniku jak teraz. Zazwyczaj unikam asfaltu/kostki brukowej i biegam w terenie. Ale po ponad 130 km pokonywania kamieni stojących, leżących, wywróconych, odwróconych, przewróconych, ostrych i tych gładkich, bruk był jak balsam dla stóp. Jednak trzy kilometry deptaka szybko się skończyło i znowu przywitała mnie kamieni kupa… Mozolnie pokonuję kolejne kilometry bardziej idąc niż biegnąc. Mijam jeszcze dwa punkty kontrolne, wmuszam w siebie izotonik, a przed sobą mam ostatnie 8 kilometrów.  Dostaję informację, że Kasia jest pierwsza na 131 km i niezagrożona zmierza do mety, powiększając przewagę. Myśl o tym, że Polka stanie na najwyższym stopniu podium dodaje mi siły i staram się biec już bardziej siłą woli niż mięśni. Widzę już panoramę Omiś i niebieski jęzor Cetiny wpadający do morza. Ostatnie kilka kilometrów zbiegu pokonuję jakbym dopiero co wyszedł na bieganie. Nie myślę o bólu, a moim organizmem rządzi euforia i endorfiny, które dzisiaj przedawkowałem. Mijam pierwsze domy, wbiegam na plaże, 100m, 50m, 10m… Meta, medal, gratulacje i kąpiel w nieco ciepłym Adriatyku. 
Jest godzina 15:09. Minęło ponad 24 godziny, plan wykonany, 6 miejsce open. Mówi się, że ukończenie biegu długodystansowego to taki kawał dobrej roboty, niepotrzebnej nikomu. Może i tak. Często staram sobie odpowiedzieć na pytanie po co to robię? Do czego to mi jest potrzebne? Wtedy nasuwa mi się analogia do życia, w którym często miewamy kryzysy i upadki dokładnie jak podczas wielogodzinnego biegu. Warto wtedy mieć świadomość, że żaden dołek nie trwa wiecznie i że stać nas na więcej niż się domyślamy.
Dziękuję bardzo za wsparcie duchowe, mentalne i materialne Klubowi Biegających Leśników, Nadleśnictwu Ustrzyki Dolne oraz wszystkim tym, którzy dopingowali całą noc i tym co trzymali kciuki przez sen.
Tekst: Łukasz Dziuban